|
- Ania U. , 22 lata
- Skolioza 41 stopni
- Operacja przeprowadzona w Warszawie 2 czerwca 2007 roku
- Dostęp przedni
Prolog Skolioza została zauważona gdy miałam trzynaście lat. Podczas badań w szkole lekarka dostrzegła asymetryczny charakter moich pleców. Tak się wszystko zaczęło. Mama zabrała mnie do ortopedy, który wyznaczył mi kąt skrzywienia - było to 27 stopni. Moja skolioza biegnie szerokim łukiem w odcinku piersiowo lędźwiowym . Ortopeda zalecił rehabilitację. Ćwiczyłam, ćwiczyłam, potem przestałam – rozumiecie, rozpoczął się trudny wiek... Jednak chodziłam systematycznie na basen i uprawiałam inne sporty, więc utrzymywałam kondycję. Co jakiś czas miałam wizyty kontrolne, z których nic konkretnego nie wynikało. Pamiętam, że będąc gimnazjalistką skolioza jeszcze w niczym mi nie przeszkadzała; nie było po mnie widać skrzywienia, gorset mięśniowy sprawił, że moja sylwetka sprawiała wrażenie poprawnej. Kłopoty rozpoczęły się w liceum. Wtedy zaczęłam odczuwać ból między żebrami. Teraz wiem, że są to charakterystyczne przy skoliozach nerwobóle międzyżebrowe. Udałam się z tym do ortopedy; niestety wyszłam z gabinetu bez żadnej porady, czując się przy tym jak hipochondryczka. Bóle nie ustępowały, wręcz przeciwnie, zaczynały być coraz bardziej uciążliwe. Mając dziewiętnaście lat trafiłam do lekarki specjalizującej się w wadach postawy u dzieci i młodzieży. Miałam wówczas 35,5 stopni skrzywienia. Zaleciła rehabilitację i noszenie gorsetu. Zgodnie z zaleceniami gorset nosiłam przez całą noc i prawie cały dzień . Po pół roku chciałam zasięgnąć opinii innego lekarza, czy aby napewno gorset jest w moim przypadku dobrym rozwiązaniem. Zastanawiało mnie, czy taki gorset jest w stanie pomóc osobie u której etap wzrostu dawno już się zakończył. Ortopeda potwierdził nasze wątpliwości... Rozpoczęłam kolejną rehabilitacje, która miała za zadanie również uśmierzyć ból. Ból jednal nie ustawał. Było wręcz przeciwnie - zaczęły pojawiać się nowe objawy postępującej skoliozy. Zaczęłam odczuwać mrowienie w stopach, ból między łopatkami promieniował do łokcia a nawet palców dłoni. Podczas dłuższego siedzenia odczuwałam bóle w odcinku piersiowym i lędźwiowym (ten czasem promieniował do nogi) Rehabilitant widząc brak rezultatów, zasugerował abym zrobiła rezonans magnetyczny, a z wynikiem poszła do neurologa. Tak też zrobiłam. Neurolog jedynie popatrzył na wynik i stwierdził, że nie pomoże mi ani on, ani żaden inny lekarz, gdyż na Pomorzu nie ma specjalistów leczących skoliozy. Polecił mi lekarza w Warszawie. Operacja, pobyt w szpitalu Latem zeszłego roku, pojechałam z mamą do Warszawy, do Doktora Pawła Michalskiego. Popatrzył na zdjęcia, obejrzał mnie i powiedział dosyć zwięźle, że operacja jest konieczna. W przeciwnym razie skolioza będzie się pogłębiać... Zamurowało nas! Nie spodziewałyśmy się tego, bo miałam wtedy około 36 stopni, a wiedziałam, że operuje się zazwyczaj dopiero po przekroczeniu 40 stopni. Postanowiłyśmy zaczekać jeszcze z decyzją. Pół roku później pojechałyśmy na wizytę kontrolną z nowym zdjęciem. Doktor Michalski wyznaczył kąt skrzywienia, było to 41 stopni.
Pamiętam, że bardzo mnie to zaskoczyło a jednocześnie przeraziło, bo nie spodziewałam się, że skolioza może się tak szybko pogłębiać! Wtedy nie miałam już żadnych wątpliwości, wiedziałam że chcę poddać się tej operacji. Prawdę mówiąc ulżyło mi, bo długo żyłam w niepewności; wcześniej nikt nie miał żadnego pomysłu, jak mi pomóc. Żadne zabiegi nie skutkowały, więc czasami nawet sądziłam, że wyolbrzymiam probleml.. Jednak mój organizm wciąż dawał mi znać, że coś jest nie tak. Podczas wizyty ustaliliśmy termin operacji. Wybrałam początek czerwca. Stwierdziłam, że zaliczę wcześniej sesję egzaminacyjną, dzięki czemu będę miała więcej czasu na rekonwalescencję ( od czerwca do października) . To było dobre rozwiązanie, ponieważ wszelkie zaliczenia oraz inne bieżące sprawy zajęły mnie tak bardzo, że prawie nie myślałam o operacji. Oczywiście zdarzały się momenty zwątpienia, ale dałam sobie z tym radę. Pewnego dnia wyszłam z uczelni i spojrzałam w indeks - miałam już wpisane wszystkie oceny. Od wyjazdu do Warszawy dzieliło mnie już tylko kilka dni. W mojej głowie kłębiły się myśli, czy decyzja, którą podjęłam okaże się trafna.. Bałam się, że coś się nie uda. .. Do Warszawy wyjechaliśmy jeden dzień wcześniej – 01.06.2007 . Podróż minęła szybko a w hotelu nie miałam najmniejszego problemy z zaśnięciem, muszę powiedzieć że byłam bardzo spokojna. Tak naprawdę to, że będę miała poważną operację, dotarło do mnie dopiero gdy pokazano mi pokój gdzie miałam leżeć po zabiegu. Potem wszystko potoczyło się szybko. Przyszedł anestezjolog, wypełniłam jakieś papiery, potem przebrałam się w „papierową” szpitalną piżamkę. Pielęgniarka poprowadziła mnie w stronę sali operacyjnej. Drzwi od sali otworzyły się a jakaś miła młoda pani w zielonym przebraniu objęła mnie i zabrała dalej. Było tam mnóstwo ludzi, w sumie to nie wiedziałam co się dzieje, byłam przerażona. Poproszono mnie abym się położyła a po chwili dostałam zastrzyk. Wszystko widziałam podwójnie, więc powiedziałam lekarzowi: Panie Doktorze, czuję się jak po alkoholu czy to normalne? Potem mówiłam jeszcze wiele głupich rzeczy... Kazali mi usiąść, podłączyli mi znieczulenie dordzeniowe - tak zwana "pompa". Nie bójcie się, to nie boli! Potem mnie położyli i zastałam uśpiona... Operacja zaczęła się około 10:00, trwała trzy godziny. Lekarz wstawił mi z dostępu przedniego cztery tytanowe implanty. Wycięto mi również jedno żebro i kawałek przepony. Nie tęsknie ani za jednym ani za drugim ;) Będąc jeszcze na sali zostałam wybudzona. Trwało to krótką chwilę, a za moment spałam już dalej. Czułam, że moje plecy są sztywne, jakby ktoś mnie wyciągnął. Kolejną rzeczą która pamiętam, to twarze moich bliskich, byli bardzo przejęci tym, co zobaczyli. To co teraz napisze pewnie Was zdziwi, ale mnie prawie nic nie bolało, byłam potwornie zmęczona i chciało mi się pić, cały czas upływał mi w półśnie, miałam zamknięte oczy ale słyszałam wszystko co dzieje się wokół mnie. Po kilku godzinach pojawiły się torsje. Wymiotowałam całą wieczność! Pielęgniarka przez całą noc była ze mną na sali i co chwile wstawała aby przytrzymać mi nerkę. Pamiętam, że chyba za każdym razem mówiłam do niej „uprzejmie dziękuję” , byłam wyjątkowo wdzięczną pacjentką... ;) Rano przyszedł do mnie mój lekarz. Wiedziałam, że dzień po operacji z dostępu przedniego pacjent ma już być na nogach. Byłam tak zmęczona, że w głębii duszy liczyłam jeszcze na trochę odpoczynku. Okazało się, że nic z tego. Lekarz najpierw pomógł mi usiąść. Pielęgniarka zorganizowała balkonik, poczym wstałam i przeszłam do drzwi i z powrotem. Sama nie wierzyłam, że jest to możliwe, dopóki tego nie zrobiłam! To był wielkie osiągnięcie a zarazem radość, że wszystko idzie zgodnie z planem. Pobyt w szpitalu był dla mnie udręką. Czułam się zmęczona , w dzień nie miałam siły czytać, rozmawiać ani nawet oglądać telewizji, a w nocy z kolei nie mogłam spać. Jednak to nie jest regułą, ja po prostu źle znosiłam środki przeciwbólowe. Najmilej ze wszystkiego wspominam pierwszą kąpiel, herbatkę oraz spacery po korytarzu z moją siostrą u boku. Ból Najgorszym momentem podczas pobytu w szpitalu był krótki lecz bardzo bolesny epizod. Lekarz uprzedzał mnie, że mogę odczuwać ból w lewym udzie. Przez cały dzień pobolewało mnie to miejsce, jednak w pewnym momencie ból był tak silny, że aż krzyczałam! Podczas najdrobniejszego ruchu, czułam jakby rozrywało mi mięśnie. Jednak po zastrzyku z morfiny, ból ustał. Czy można uniknąć takich sytuacji? Tak, lekarz mnie uprzedzał, że ból należy uśmierzać od razu gdy się go odczuje, im dłużej się zwleka tym trudniej jest go opanować. Ból, którego bałam się najbardziej nie był tak bardzo odczuwalny, z wyjątkiem tej jednej sytuacji. Przez pierwsze dwa lub trzy dni byłam podłączona pod pompę o której pisałam wcześniej. Było mi z nią bardzo niewygodnie gdyż miałam takie uczucie jakbym leżała na wenflonie. Poza tym, za każdym razem gdy chciałam iść do toalety pielęgniarka musiała mnie odłączać od tej pompy. Działo się do często gdyż otrzymywałam leki moczopędne. Za moją prośbą lekarz odłączył mnie od pompy a w zamian otrzymywałam zastrzyki z morfiny. Przyznam się szczerze, że panicznie bałam się drenu, a przede wszystkim wyciągania go. Kiedy lekarz przyszedł mi go zlikwidować, cała się trzęsłam - wszyscy pytali mnie czy nie jest mi zimno, a to był strach! Lekarz podwinął mi bluzkę, po chwili wydobyłam z siebie głośne "Auuuu!" No i po wszystkim, nic strasznego. Podobno reakcja na ból jest opóźniona i kiedy ja zareagowałam, rura była już dawno wyciągnięta. Śmiesznie musiało to wyglądać. Powrót do domu Po czterech dniach pobytu w szpitalu, lekarz stwierdził, ku mojej uciesze, że mogę juz wracać do domu. Wypisał mi recepty na leki przeciwbólowe, antybiotyki itp. i pozwolił jechać. Kazał mi ściśle przestrzegać zaleceń:
Przez rok od operacji nie wolno mi schylać się, uprawiać żadnych sportów, oraz przeciążać kręgosłupa. Na do widzenia dostałam zastrzyk przeciwbólowy, i byłam juz gotowa do drogi. Wracałam samochodem, w półleżącej pozycji na przednim siedzeniu. Prawie przez całą podróż (około 5h) spałam. Gdy tylko pojawiał się ból, brałam doustnie Tramal . Podróż minęła sprawnie, aczkolwiek była dla mnie męcząca. Pierwsze 10 dni w domu Po podróży nie czułam się najlepiej. Od leków przeciwbólowych znowu miałam mdłości a torsje powróciły niczym zmora! Chyba dopiero po 2-3 dniach wymioty całkowicie ustąpiły. Wyglądałam okropnie bo schudłam aż sześć kilo! Byłam bardzo osłabiona, ale mimo tego spacerowałam sobie po domu. Niestety nadal nie mogłam spać w nocy, co parę godzin budziłam się i brałam środki przeciwbólowe. Z czasem potrzebowałam ich coraz mniej. Mimo tych wszystkich trudności, z każdym dniem czułam się lepiej, więcej jadłam, chodziłam na dłuższe spacerki po domu. Rana goiła się szybko i coraz mniej bolała. Możecie wierzyć lub nie, ale dosłownie z każdym dniem odzyskiwałam siły i czułam się lepiej. Po tych męczących dziesięciu dniach zaczęłam już wychodzić z domu na krótkie spacery po podwórzu. Pierwsza kontrola  Miesiąc po operacji pojechałam na kontrolę i zdjęcie szwów. Panicznie się tego bałam! W Warszawie zrobiłam jeszcze przed wizytą 90-cio centymetrowe RTG. W poczekalni znowu obleciał mnie strach. Kiedy weszłam do gabinetu, lekarz poprosił abym usiadła i zanim się obejrzałam wszystkie 32 szwy miałam zdjęte. Okazało się, że wszystko jest w porządku i wystąpiła nawet mała nadkorekta, czyli kręgosłup wygiął się odrobinę w stronę przeciwną do skrzywienia. Z gabinetu wyszłam uśmiechnięta i ogromnie szczęśliwa, że wszystko zmierza w dobrym kierunku.
|